Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makeovers / metamorfozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makeovers / metamorfozy. Pokaż wszystkie posty

8/26/2016

KLASYCZNA KUCHNIA NIE MUSI BYĆ NUDNA - płytki cementowe z wzorem




Dziś kolejny szybki wpis, robiony niemalże na kolanie ;) 
Szukałam z ciekawości białych, prostokątnych płytek do kuchni - pewnie nikogo to nie dziwi ;), a w konsekwencji, po nitce do kłębka, trafiłam do miejsca oferującego płytki cementowe z cudownymi wzorami. Od ilości dostępnych motywów na domrustykalny.pl zakręciło mi się w głowie. Oczywiście tego typu płytki nie są żadnym nowym odkryciem i projektanci często stosują je we wnętrzach w ostatnim czasie, ale kiedy je zobaczyłam od razu przypomniała mi się kuchnia, którą kiedyś przypięłam do mojej tablicy na >>> Pinterest <<< i którą widzicie powyżej oraz poniżej. Kuchnia klasyczna, ramowe fronty, zero wysokiego połysku i nowoczesności, drewniany blat, proste uchwyty i gałki - niektórym mogłaby wydawać się nudna. Moim zdaniem, nawet gdyby zastosowano w niej białe płytki ścienne, byłaby piękna. Dodam, że kuchnia ta przeszła wcześniej metamorfozę pod okiem zdolnej amerykańskiej projektantki Emily Henderson, która postanowiła wprowadzić do niej nieco wzoru i koloru dla urozmaicenia przestrzeni. Choć do kwestii wzorów we wnętrzach podchodzę z dużym dystansem, ten zabieg i wybrany model płytek uważam za strzał w dziesiątkę, który stanowi o sukcesie i niepowtarzalności tej kuchni (nie bez powodu zapadła mi w pamięć).

autor: Emily Henderson






Jako ciekawostkę dodam również zdjęcie BEFORE&AFTER tej niesamowitej kuchni. Robi wrażenie, prawda?




>>> TUTAJ <<<  znajdziecie wzory, które dziś wybrałam, i które pomogą Wam w uzyskaniu podobnego efektu, jaki uzyskała Emily Henderson. Myślę, że i Wam zakręci się w głowie od tego asortymentu ;)





Choć tego typu płytki są niewątpliwie cudowne, moim zdaniem należy z rozwagą podejść do wyboru wzoru, koloru i ich umiejscowienia w kuchni. Płytki same w sobie są dekoracją, więc należy pamiętać, aby reszta kuchni była bardziej stonowana i nie obfitowała w dodatkowe dekoracje.

No i jeszcze jedna smutna informacja - cena takich płytek cementowych jest zawrotna... Za 1m2 trzeba zapłacić około 370zł(!), czyli nawet tak mała powierzchnia jak 2m2 będzie nas kosztowała ponad 700 zł. Dlatego nie jest to rozwiązanie na które mogą sobie pozwolić wszyscy inwestorzy. Ale kiedyś wszyscy będziemy bogaci i będziemy posiadać domy i wnętrza naszych marzeń :D Tego sobie i Wam życzę w to piątkowe popołudnie ;)



POZDRAWIAM SERDECZNIE,
Sylwia


7/06/2016

WIELKA PRZEPROWADZKA cz.5 - Okna





Witam w kolejnym odcinku poświęconym moim zmaganiom z doprowadzeniem do porządku naszego wynajętego mieszkania. To z pewnością nie będzie jeden z najbardziej przyjemnych odcinków ;) Ale żeby móc przejść do tych przyjemniejszych spraw, jak ustawianie mebli, dekoracji, nadawanie domowej atmosfery, trzeba niestety przejść przez te wszystkie trudne prace porządkowo-remontowe. Tu, po raz kolejny, pozwolę sobie wyrazić moje ubolewanie nad faktem, że mieszkanie jest jedynie wynajęte, a pracy i zaangażowania wkładam w nim tyle, ile włożyłabym w nasze własne...

Po przyjeździe założyłam, że pracy z oknami nie będzie wcale tak dużo. Co prawda, dało się zauważyć niewielkie ślady pleśni w rogach wnęk, ale byłam pewna, że są to powierzchniowe wykwity i szybko się z nimi rozprawię. Ot, czyszczenie, środek biobójczy i malowanie. Ale nic z tych rzeczy. Po dokładnym zbadaniu powierzchni ściany w owych miejscach, zauważyłam pęcherzyki, które mnie zaniepokoiły. Namoczyłam więc farbę obficie i zaczęłam zeskrobywać. Okazało się, że ściana malowana była trzykrotnie: na biało, zielono i żółto, a warstwa zielonej farby pokryta była w rogach wnęk plamami pleśni. Sądząc po grubości kolejnej, żółtej farby, wnęki były nią malowane kilkakrotnie, aby zamaskować powstałą pleśń. Uwielbiam, kiedy ktoś walczy z efektami wilgoci za pomocą kolejnych warstw farby... Takim sposobem musiałam "nieco" poszerzyć zakres moich prac.

Dom, w którym mieszkamy, posiada bardzo grube ściany zewnętrzne, ale niestety brak jest w nich choćby kratek wentylacyjnych, co zmusza do częstego wietrzenia mieszkania w celu pozbycia się nadmiaru wilgoci, zwłaszcza zimą, kiedy dochodzi suszenie prania wewnątrz. Jak wiadomo, najczęściej problem pleśni pojawia się właśnie w okolicach okien, przy podłodze i przy suficie, a na nadmiar wilgoci narażone są najbardziej kuchnia i łazienka, z wiadomych przyczyn. Rogi i zakamarki, to jej ulubione siedlisko. Na szczęście u nas skończyło się jedynie na oknach. Gdyby było inaczej, chyba musielibyśmy zrezygnować z tego mieszkania, bo pleśń w dużym nadmiarze, niezwalczana latami, jest niezwykle niebezpieczna dla ludzkiego zdrowia. 

A takim widokiem skutkowało niewietrzenie ( o niesprzątaniu nie wspomnę...) mieszkania przez poprzednich lokatorów oraz zamalowywanie ram okiennych w czasie malowania ścian (bo po co używać taśmy malarskiej do zabezpieczenia niemalowanych elementów, skoro można je pomalować razem ze ścianami...)  





W skrócie moja walka z pleśnią przebiegła w następujący sposób:
- dokładnie umyłam okna i wszelkie ich zakamarki w środku oraz na zewnątrz,
- namoczyłam wodą z detergentem miejsca na ścianie, które podejrzewałam o wykwity,
- kiedy farba namiękła, zaczęłam zeskrobywać szpachelką kolejne warstwy oraz wierzchnią warstwę płyty kartonowo gipsowej, aż na odległość kilku centymetrów od wykwitów,
- po wyschnięciu, czyli następnego dnia, spryskałam ściany, ramy okien i wyczyszczone zakamarki płynem ACE o silnym działaniu biobójczym (sposób sprawdzony),
- następnego dnia powtórzyłam spryskiwanie,
- kolejny dzień poświęciłam na szpachlowanie,
- dwa dni później ściana gotowa była do pomalowania.






W pokoju dziennym cały proces walki z oknami zakończył się takim oto widokiem, z którego byłam niezwykle dumna ;)





Sprawa wyglądała natomiast o wiele gorzej w pokoju Uli... Pokój dzienny położony jest od strony południowo-wschodniej, więc wilgoć miała większą możliwość, aby wyschnąć w czasie słonecznych dni. Stąd mniej pleśni w oknach. Ale drugi pokój to głównie część wschodnia, więc słabiej nagrzana.  Wiedziałam, że będzie ciężko i naprawdę było...

Wiem, że nie jest to przyjemny widok, ale w najgorszym punkcie sprawa wyglądała następująco: 





Był to dla mnie straszny szok, ale nie miałam innego wyjścia i musiałam stawić temu czoła. Namoczenie ściany woda z detergentem bardzo ułatwiło mi zdzieranie farby, zwłaszcza z ram. Sami widzicie, że brud i pleśń dopadły każdy zakamarek, więc nawet patyczki higieniczne stały się niezwykle pomocne.






A to jest właśnie moje "znalezisko" na zielonej warstwie farby:





Po namoczeniu, warstwa kartonu schodziła idealnie.







I tak jak w pokoju dziennym, suszenie, spryskiwanie ACE, szpachlowanie. Nie zazdroszczę wykończeniowcom, bo takie prace, ze szpachlowaniem włącznie, strasznie wykańczają fizycznie. A w moim przypadku to zaledwie kilka okien.








Żeby tradycji stało się zadość, przedstawiam Wam porównanie BEFORE&AFTER. Tym razem widok pokoju Uli. 

PRZED



PO












Kiedy jest się mamą wychowującą dziecko w domu, trzeba być także 
i kreatywną przedszkolanką ;) Uli znudziły się ostatnio gotowe kolorowanki, więc czasami rysuję jej obrazki, a ona je później koloruje. I tak właśnie powstały te oto róże, którymi zainspirowałam się podróżując po okolicy. Jest tu wiele domów, których ściany zdobią takie pnącza na kratownicach. Chętnie zrobiłabym sobie kiedyś taką fotowycieczkę, żeby pokazać Wam jak piękna jest architektura niemieckich wsi i miasteczek. I chyba tak właśnie zrobię w najbliższym czasie :)







I co sądzicie o mojej walce z oknami? Wygrałam?
A może zrobilibyście to inaczej lub macie inne sposoby na pozbycie się pleśni?

Czekam z niecierpliwością na Wasze opinie.


POZDRAWIAM SERDECZNIE,
Sylwia






6/14/2016

WIELKA PRZEPROWADZKA cz.2 Stan po malowaniu ścian, czyli w dniu przyjazdu



Od naszego przyjazdu minęły już prawie dwa tygodnie. Powiem Wam szczerze, że przez kilka pierwszych dni czułam się trochę nieswojo. Ale to chyba normalne w nowym miejscu, a zwłaszcza w innym kraju... Snucie się w pustych ścianach między kartonami i całym nierozpakowanym dobytkiem może każdego wprawić w kiepski nastrój. Nie wiadomo, czy gotować jakiś obiad, czy sprzątać, czy brać się za rozpakowywanie. Masakra. Już się od tego odzwyczaiłam w ostatnich latach. Na szczęście, kiedy już zaczęliśmy działać, wszystko poszło w miarę sprawnie. 

Mój mąż, przed naszym przyjazdem dokonał mniejszych i większych prac, takich jak szpachlowanie, malowanie i zerwanie starych listew przypodłogowych.
 
A taki właśnie widok zastaliśmy po przyjeździe. Nie zwracajcie uwagi na wszechobecny bałagan ;)
 


 POKÓJ DZIENNY


KORYTARZ


KUCHNIA


POKÓJ ULI





Zapewne zauważyliście, że wnęki w oknach są nadal niepomalowane? To wszystko dlatego, że konieczne jest ich wyczyszczenie ze śladów kurzu i pleśni (na szczęście w niezbyt dużej ilości). Mieszkanie pozbawione jest odpowiedniej wentylacji i niestety dało się to zauważyć. Gdyby ktoś przed nami regularnie czyścił okna i wietrzył mieszkanie, jestem pewna, że teraz nie miałabym aż tyle pracy. Ponadto,, jak widzicie, brakuje czterech szprosów w oknach i zastanawiam się nie tylko nad tym gdzie je dokupić, ale przede wszystkim jakim cudem mogły być oderwane...

Jeśli przeoczyliście stan "PRZED", zapraszam >> TUTAJ <<

Piszę na razie w dużych skrótach, bo nadal mamy kiepski dostęp do internetu. W kolejnym poście będzie o klejeniu listew przypodłogowych, więc wpadnijcie za kilka dni ;) 


POZDRAWIAM SERDECZNIE,
Sylwia

5/30/2016

Metamorfoza jadalni STUDIA McGee - McGee's Studio diningroom remodel

Dziś kolejny wpis z serii "udane metamorfozy" ;) Te zdjęcia znalazłam już dość dawno temu, ale zupełnie o nich zapomniałam. Porządki w domu i na blogu przypomniały mi jednak o tej kolejnej pracy Studia McGee. Uwielbiam ich nowe projekty, jak i właśnie metamorfozy. Potrafią z każdego byle jakiego pomieszczenia wydobyć piękno. Czasami wystarczy im do tego zmiana koloru, kilka nowych mebli i akcentów dekoracyjnych. Są moją ogromną inspiracją i zawsze śledzę ich kolejne poczynania.

Jadalnia. Wnętrze z potencjałem, dobrze doświetlone, z pięknymi oknami i cokołem przypodłogowym. A jednak nie wygląda korzystnie. Wszystko nieco przerysowane i przytłoczone lambrekinem w oknie oraz nadmiarem brązowo i beżowej kolorystyki. Krzesła nie były najgorsze, ale znacznie lepiej wyglądałyby, gdyby nóżki nie były tapicerowane... Jednym zdaniem - wnętrze stanowczo zbyt ciężkie.



 STUDIO McGee



Z pomocą pospieszyło wspomniane Studio McGee. Wnętrza, które zaprojektują lub zmienią, skazane są na sukces. Stają się lekkie i bardzo ciekawe zarazem. To, w pierwszej kolejności, zyskało nowy kolor ścian (Banjamin Moore - Classic Grey). Okna wyposażono w rolety rzymskie o jasnej kolorystyce, które znacznie odciążyły wnętrze. Stół metalowo-szklany zastąpiony został przepięknym drewnianym, który nadał jadalni nieco rustykalnego, przytulnego wyglądu.  Wokół niego stanęły bardzo ciekawe krzesła ze skórzaną tapicerką i drewnianymi nogami, które charakterem pasują do stołu. Na stole nie mogło zabraknąć bukietu kwiatów. Hortensje pasują tu idealnie.  Nad stołem, dla kontrastu  z jasnym wnętrzem, powieszono metalową lampę w formie lampionu. Tego typu lampy są bardzo charakterystyczne dla wnętrz nadmorskich i tych w stylu Hamptons. Bardzo je lubię i uważam, że wybór czarnej był strzałem w dziesiątkę. Podłoga pozostała w stanie niezmienionym, ale mimo to bardzo pasuje do nowej stylizacji tej jadalni. 





To już chyba mój ostatni post opublikowany w Polsce. Na kolejne zapraszam już niedługo. Będą to oczywiście następne odsłony naszej wielkiej przeprowadzki, które rozpoczniemy od wielkiego bałaganu. Już w środę wyruszamy z ostatnimi pakunkami oraz zapasem polskiej kiełbasy i swojskich jajek, aby dotrzeć w czwartek do przepięknej Bawarii ;)

Trzymajcie za nas kciuki :)

POZDRAWIAM SERDECZNIE,
Sylwia







5/08/2016

Metamorfoza krzesła i wosk Annie Sloan - Chair makeover and Annie Sloan wax





Dziś w bardzo dużym skrócie chciałabym pokazać Wam moją niedawną przygodę z renowacją krzesła. Kupiłam je za 20 zł w galerii staroci i przez długi czas nie miałam natchnienia, żeby coś z nim zrobić. Ale na wszystko przychodzi czas, więc i krzesło doczekało się swojej metamorfozy :)

Pomalowane lakierobejcą nie wyglądało zbyt dobrze i aż prosiło się o kontakt ze szlifierką. Ponadto było nieco niestabilne, więc należało je rozkręcić, skleić w kilku miejscach i znowu skręcić. Drewno posiada tu tak piękna strukturę, że nawet nie planowałam malowania go farbą kryjącą.









Po rozkręceniu krzesła zabrałam się za jego czyszczenie. Pracę znacznie ułatwiło mi użycie preparatu do usuwania starych powłok malarskich. Jeśli macie w planach czyszczenie jakiegoś mebla, to bardzo Wam polecam tego typu środki, bo bardzo przyspieszają cały proces. Po nałożeniu ich na mebel po kilku minutach następuję "pęcznienie" farby, staje się ona nieco rozcieńczona i można ją łatwo usunąć za pomocą szpachelki. Jeśli warstwa jest dość gruba, zabieg należy powtórzyć. 










Tak wyglądało krzesło po zdjęciu lakieru i lekkim przeszlifowaniu. Większe, płaskie elementy czyściłam za pomocą szlifierki oscylacyjnej, ale nad zakamarkami i żłobieniami musiałam pomęczyć się ręcznie. Właściwie nie było to męczące, a raczej odprężające i dające możliwość porozmyślania ;)
Jeśli chodzi o proces czyszczenia papierem ściernym, szlifierką lub gąbką ścierną, ostrzegam Was przed używaniem papieru o gramaturze 80, a nawet 100. Zostawiają one na drewnie widoczne ślady, które później ciężko doszlifować drobniejszym papierem (zwłaszcza ten pierwszy). Nauczyłam się tego na własnym błędzie i dlatego teraz zawsze używam w pierwszej kolejności 120, a później coraz drobniejszych.





Krzesło gotowe do woskowania:







Dlaczego użyłam wosku? Bo według mnie nadaje drewnu bardzo szlachetny wygląd, daleki od sztuczności lakieru. Pomimo tego, że jest przy nim o wiele więcej pracy niż przy zastosowaniu lakieru, efekt jest wart tej pracy. Fachowe źródła podają, że prawidłowe woskowanie polega na położeniu i wypolerowaniu około 30 delikatnych warstw wosku. Początkowo wydało mi się to absurdalne. Jak drewno przyjmie taką ilość wosku? A jednak! Po dwóch warstwach wydaje się, że już jest ok, ale wosk w naturalny sposób wsiąka w drewno i proces należy powtarzać przynajmniej kilka razy, aby na stałe uzyskać delikatny, satynowy połysk. Ja poprzestałam na 5 warstwach, przy czym każdą po wyschnięciu polerowałam dwukrotnie.

Użyłam wosku bezbarwnego Annie Sloan, który kupiłam kiedyś wraz z jej farbami. Jestem z niego zadowolona, ale kiedyś wypróbuje z ciekawości również inne dostępne woski.

Tu widać jak wosk przyciemnia drewno uwydatniając jego strukturę







Żeby dobrze wykonać renowację mebla, konieczna jest pomoc fachowej asystentki, która wie na czym polega właściwe woskowanie ;) 







A tu już wisienka na torcie, czyli cudowny połysk otrzymany po piątym woskowaniu i polerowaniu. Na żywo wygląda to niesamowicie. Jestem taka dumna z tego efektu :)
















Tapicerka była dość ciekawa i planowałam ją jedynie uprać, jednak po włożeniu wyższej gąbki okazała się zbyt mała i musiałam ją wymienić. Może kiedyś spróbuje ją jeszcze raz naciągnąć z czyjąś pomocą, więc na razie leży w szafie i czeka na swój czas.Krzesełko jest teraz bardzo wygodne i stabilne, więc pojedzie w świat razem z nami i stanie przy moim biurku :)












I co sądzicie o tej metamorfozie? Ja od razu nabrałam ochoty na kolejne :)


POZDRAWIAM SERDECZNIE,
Sylwia